środa, 18 stycznia 2012

Książki przyszłości



O
ddając się  w podnieceniu fetyszyzmowi wąchamy pachnący farbą drukarską papier na półce w Empiku. Bez zamiłowania do pejczy, czerwonych kulek w ustach czy skórzanej bielizny namiętnie flirtujemy z e-bookami na migoczącym ekranie. 

Ze słuchawkami wsłuchujemy się w obrazy, zapachy i smaki gdzieś w kącie zachlapanej błotem i codziennością trójki, dziewiątki czy jeszcze innego  wagonu niosącego nas ku przyszłości. Jak będzie ona wyglądać dla obiektu naszej perwersji. A może miłości? Nim założę kolorowe szkła fantazji cofnę się do tego, jak się poznaliśmy.

***
S
tało się to za sprawą pisma.   Mamuty na skale, tabliczki gliniane, drewniane, pergamin i kreseczki na zwojach papirusu były naszym flirtem. Dopiero potem, wraz z prototypową formą zwoju przyszła gra wstępna.  Ze znajomym kształtem kodeksu w okładce i z grzbietem różnie bywało.  Pisana ręcznie, zrozumiała dla jeno niektórych, zakazana czasem  była kochanką na którą było stać tylko nielicznych.  Hormonów powstrzymać jednak nie sposób i dobrze o tym wiedzieli Chińczycy bo naród to mądry i zdolny.   Ale dopiero pewien złotnik z Niemiec, a może drukarz z Holandii – już nie pamiętam – pozwolił nam być przez pięćset kolejnych lat razem, za sprawą mechanizacji.

***
J
a tego nie widziałem, czasu nie miałem ale ona po latach wierności zaczęła się na boki rozglądać.  Z obawą czytałem to, co pewien Niemiec (o, znowu!)  pisał w więzieniu o swojej walce a tysiące mil dalej, gdzieś nocą, przy pachnącym dymem ognisku opowieści amerykańskich Indian zapisano na aluminiowej płytce.  Pierwszy raz od setek lat książka zdradziła papier. A może było inaczej? Może to wcale nie była zdrada, bo przecież mezalians ów zrodził dziecko zdrowe, piękne i  całkiem udane. Uwielbiam przecież oddać się czasom lat dziecinnych i słuchać jak ktoś czyta książkę.  To, że lubiła się stroić wiedziałem od dawna, ale oprócz obrazu przy tekście, powstał komiks, druk w kolorze a nasza miłość poczęła szybko się zmieniać. We wszystko wtrącił się na dobre drań jeden, Internet. Nastał czas niepokoju. Choć trudno mi w to uwierzyć, ale znów  zdradziła, dziwka.  Wróciła z bękartem publikacji elektronicznej i nie jeden przez lata z odrazą spoglądał . Bo brzydkie to dziecko było jako niemowlę! A niedoskonałe…  dyskietki, formaty, chaos.  Coś jak Flyer, braci Wright, w porównaniu do kosmicznego promu. Ale, ale, z brzydkiego kaczątka dziś wyrosła nam piękna dziewoja.  Jeszcze podlotek lecz widać, że ma warunki by zawładnąć umysłem, duszą i portfelem niejednego. Ech, książka jest jednak kobietą.  I prawda jest taka, że wszystkiemu winy jest ten Internet, bezwstydnik. Doprawdy nie wiem co będzie z nim dalej. Coś czuje, że wygra zapasy z papierem. Wystarczy spojrzeć na puderniczkę z elektronicznego atramentu.  Z postępem nie sposób walczyć, a nowego makijażu klasyczna dama może tylko zazdrościć.

***
P
ojawiły się też jej kuzynki. Niektóre jak supernowe, zabłysły i zgasły. Inne mają się dobrze wśród stron www i linków, choć hipertekstowa uroda nie każdemu przypadnie do gustu.  Choć oczy ma skośne pozwoliła na coś, co bardzo przydałoby się  Cortazarowi przy jego „Grach w klasy”.  Okazało się, że nie tylko jest atrakcyjna, kusi, uwodzi to jeszcze potrafi zmieniać się w trakcie lektury i pozwala decydować o przebiegu fabuły. Się porobiło! Tekstowe wielokrotne jej twarze i jej obrazki to za mało. Już nie wystarczają, więc dźwięk nawet film stał się integralną lub poboczna jej częścią. To skandal, mógłbym zakrzyknąć lecz widzę, że ja też się zmieniam. O losie!  Intermedialność stała się częścią literatury, o przepraszam czcigodni państwo, liter-netu. 

***
J
ak zechce, hiperpubliacja wychodzi ze stron powiązanych sznurkami i ma się świetnie bez potrzeby łączenia się z bezwstydnikiem, co nie przeszkodziło  zajść z grami paragrafowymi w ciążę.  Owocem jest jeszcze młodszy potomek. W książce interaktywnej  losy bohatera o którym czytamy zależą od naszej decyzji. Trzeba ją podjąć pod koniec każdego rozdziału.  Zastanów się więc dokładnie czy Makbet ma zabić Króla Dunkana, bo jeśli źle zdecydujesz będziesz mieć kłopot z Bankiem i jeszcze większy z Malkolmem, Makdufem i żoną Makbeta. Czarownice też trzeba obsadzić  i szybko trafisz na stronę „The End”, lub „Game Over” raczej.
  
***
A
 papier, komu jest on dziś jeszcze potrzebny? I nie myślcie, że jest taki poczciwy. Może go i lubicie, bo dostaje ostatnio baty, ale ma także kilka grzeszków na swoim podszytym celulozą sumieniu. Tak samo jak babcia książka.  Pierwszym jest pycha.  Wygląd naszej matrony z czasem był przecież coraz ważniejszy aż nawet doszło do tego, że forma przerosła po stokroć tekst. W swoim narcyzmie stała się niepowtarzalna, jedyna w swoim rodzaju i ważniejsze w niej było i jest to jak wygląda, a nie o czym opowiada. Już wiesz o kim mówię? My name’s book, art-book, jak mawiają fascynacji Szekspira. Książka artystyczna jest piękna czasem, owszem, lecz bywa z nią jak z pięknym talerzem. Musi być pełny by można było się z niego najeść. Samo podziwianie głodu czytania nie zaspokoi.

***
N
o dobrze,  co dalej?– zakrzykniesz.  Jak będzie wyglądać obiekt naszej perwersji za rok, dziesięć i sto lat? A kiedy umrze? Czy umrze? Tego wiedzieć nie mogę, ale widzę, że nasza miłość się zmienia  i z tego powodu również  i książka staje się inna,  tak jak inny jestem już ja sam. Stałem się dzieckiem Gadu-Gadu i e-człowiekiem. Nasz świat również staje się e-światem i jedyne co można powiedzieć o jej przyszłości to eee… e-książka.  Dziś „E” jest bardziej powszechne niż wszy łonowe.  Ta E(cywilizacja) zabija książkę, tak powiadają, lecz według mnie to nonsens. Ona nie umrze dopóki będziemy się kochać. Umrze najbardziej popularny jej nośnik – papier, zastąpiony przez wynalazki przyszłości. Zniknie forma kodeksu a tytuły, mu wierne będą tak samo popularne jak dziś fotografia z użyciem magnezji i srebra. Dziś świat jest mniejszy, ma mniej czasu, a ludzie  pędzą do przodu nie mając czasu na to, co kiedyś było tak bardzo istotne.  NIP. PESEL, PIN i konta bankowe. Nie można żyć bez cyfr. I na nawet jeśli spróbuję i tak nie ucieknę od nich, bo ostatecznie opiszą mnie jako zero.

***
C
yfrowa (r)ewolucja zmieni nasze ulice. Znikną księgarnie i biblioteki.  Dziś to miejsce gdzie się książkę kupuje lub wypożycza, może jeszcze nie jutro, ale pojutrze z pewnością się zmieni. Bo Homo sapiens Web 2.0 jest okrojony, uboższy. O fizyczny kontakt z innym człowiekiem, o czas, kulturę bardziej masową. Jakość  przegrywa z ilością, czytanie z klikaniem.  Księgarnia i biblioteka staną się miejscami spotkań ludzi połączonych pasją. Internetowe księgarnie z dostawców książek i plików zmienią się w prowajderów treści, niczym operator telefonicznej sieci mobilnej. Odbiorca nie będzie płacił za papier lub nawet plik, lecz za transfer. Kilobajty w pakiecie, z kulturą w światłowodzie. 

***
Z
awód pisarza przejdzie edycję tak samo jak oblicze wydawcy. Będzie rozwijał się self-publishing. Autor nie będzie dostawał pieniędzy za sprzedane egzemplarzy. Powstaną fundusze dla twórców a honorarium będzie ułamkiem z abonamentu, który zapłaci czytelnik za pobranie treści.  Cześć książkowych zawodów zniknie, jak zniknęli garncarze, kowale albo giermkowie. Powstaną nowe a inne zmienią charakter, jak stało się to dla przykładu z kowalami. Nie podkuwają już koni, lecz jako artyści, nie rzemieślnicy mają się nieźle.   Fototapeta z grzbietami książek na ścianę stanie się częstszym widokiem niż pachnąca papierem broszurka. Bo woń papieru oznacza duże pieniądze. Pojawi się znacznie więcej tytułów, wiele z nich będzie darmowych. W okresie przejściowym, kiedy papier wciąż będzie klasycznym nośnikiem,  książki będą drukowane na zamówienie.  Lecz ostatecznie papier przegra z książką cyfrową ze względów ekonomicznych i ekologicznych podobnie jak eksperymentalne dzieci historii w książkach opisywanych nie potrafiły zdetronizować zwykłego układu literek w wyrazy, zdania, rozdziały.




***
K
siążka cyfrowa uzyska nowe przymioty. Będzie musiała być hipertekstowa, interaktywna (połączona z Internetem lub jego następcą). Stanie się dostępna niemal natychmiast w dowolnym miejscu na świecie.  Czytelnik uzyska możliwość dokonywania elektronicznych notatek w treści a nawet kompilacji fragmentów (niczym remiks w muzyce) oraz bardzo wygodny system wyszukiwawczy i silnie rozbudowany system nawigacyjny. Przecież obracać cyfrowych kartek nie sposób a czas jest na wagę złota, jak podpowie ci Google, czcigodna Britannica Online Encyclopedia i mniej czcigodna lecz nie mniej popularna Wikipedia the Commons.  Oczywiście część tych cech (synteza mowy, powiększanie czcionki) już posiadają współczesne e-booki, lecz staną się one doskonalsze. Niewykluczone, że mianem książki nie będzie określać się testu zapisanego w pliku lecz urządzenie do jego odbioru lub odczytywania.

***
N
ie tylko jednak fizyczność książki się zmieni lecz także język przekazu. Może to i smutna wizja, lecz digitalizacja uprości go i zuboży. Jednoczenie stanie się on bardziej uniwersalny tak samo jak cyfrowy format elektronicznej książki.  Papierowi powiemy thx i 3maj się. Ale  xsiazka w ten sposoob nie umrze.  Bo sensem naszej miłości nie jest jej wygląd. Nie mają znaczenia niewierność i skoki w bok by zmienić formę albo uczynić ją bogatszą lub atrakcyjniejszą.  Książka nie zwiera się w rysunku mamuta na ścianie, boga Re na glinianej tabliczce,  znakach na zwoju papirusu czy ekranie Kindle’a. Książka to idea uwalania przekazu ludzkiej myśli.  Będzie w istocie tym samym czym jest od początku.


I kiedy myślę, o  niej przychodzi mi na myśl, że „to niewiarygodne, jak można czuć się szczęśliwą przez tyle lat, mimo tylu kłótni, tylu upierdliwości i tak naprawdę, kurwa, nie wiedzieć, czy to miłość czy nie[1]


[1] Gabriel García Márquez „Miłość w czasach zarazy”.

1 komentarze:

  1. Nie ma co załamywać rąk. Oblicze książki papierowej się zmienia, ale wciąż istnieją litery, wyrazy; cały czas jeszcze piszemy po polsku i ciągami zdań. Tak naprawdę niewiele się zmieniło. Papier ma wysoką wartość, ponieważ nauczyliśmy się go cenić. Ale z biegiem lat nauczymy się też cenić PDFy.

    OdpowiedzUsuń