niedziela, 15 maja 2011

Niezwykłe historie książek i ich autorów

--

Nie byłyby nigdy wydane, wydano je nietypowo albo autor zaprzedał swoją duszę. Autorzy i ich dzieła nie byliby sławni gdyby nie zdecydował przypadek. A może, to wcale nie on?

W dalekiej Kolumbii, wiele lat temu, w wieku lat 17. pewien chłopak rozpocznie pisanie. W nim skończy wiosen 28 zadebiutuje powieścią. Dziesięć lat po tym napisze jeszcze cztery, ale będzie żył bez pracy, na utrzymaniu ukochanej cierpiał biedę i brak papieru. Po osiemnastu miesiącach pisania skończy szóstą książkę. Rękopis przyjaciółka pisarza upuści w kałużę a potem 590 zamazanych stron wysuszy, wyprasuje i manuskrypt przepisze. W sierpniu 1966 autor z żoną zdecydują się wysłać jedyny egzemplarz do Buenos Aires. Paczka kosztować będzie 82 pesos a oni mieć będą ich tylko 53. Podzielą rękopis na połowy a przypadek sprawi, że wyślą część drugą. Nim jednak zdobędą resztę na znaczek, wydawnictwo Suramericana prześle odpowiednie pieniądze na pierwszą połowę przesyłki. A potem, wiele lat później, stojąc naprzeciw widowni w Cartagenie Gabriel García Márquez powie „Myśl, że milion osób czytało będzie coś napisanego w samotności mojego pokoju, […] wydałaby mi się zupełnym szaleństwem” a jego Sto lat samotności” przeczyta ponad 50 milionów.

W USA tymczasem, pewien nauczyciel angielskiego mieszkający w przyczepie będzie zarabiał rocznie 6400 dolarów. W jego starym Buicku zepsuje się skrzynią biegów a jego rodzinie brakować będzie pieniędzy na wszystko. Nawet, by zapłacić rachunki. Niespełna trzydziestoletni ojciec dwójki dzieci zacznie dorabiać w pralni. Dostanie dolara sześćdziesiąt centów za godzinę. Postanowi napisać opowiadanie o młodej dziewczynie obdarzonej paranormalnymi zdolnościami licząc, że „Playboy” zapłaci 2 tysiące dolarów, za co autor grata naprawi. Pisanie jednak nie pójdzie zbyt dobrze. Nie chcąc marnować czasu, niedokończony rękopis autor wyrzuci. Z kosza pomięte kartki wyjmie żona pisarza i wyprostuje. Przeczytawszy, zachęci słowami „pisz dalej”. Mężczyzna historię dokończy, choć nigdy jej nie polubi. Maszynopis wyśle i wkrótce o tym zapomni. Jako, że nie ma telefonu agent do autora wyśle telegram, obiecując 2,5 tysiąca dolarów zaliczki. To będzie oznaczać mniej więcej 30 tysięcy dolarów honorarium, co żona pisarza skwituje: „czy to w ogóle możliwe?” Stephen King niebawem usłyszy, że za prawo wydania „Carrie” w miękkiej okładce dostanie 200 000 dolarów.

Inny Amerykanin, członek Izby Reprezentantów stanu Missisipi, młody adwokat w latach dziewięćdziesiątych trafi na wstrząsające zeznania dwunastoletniej ofiary gwałtu. Zacznie pisać. Codziennie, wczesnym rankiem od 5-tej, przez godzinę. Przez trzy lata. Tak, powstanie historia ojca, który wymierza sprawiedliwość gwałcicielom córki. Powieść odrzuci aż 25 wydawców, lecz niewielka oficyna Wynwood Press zdecyduje się „Czas zabijania” wydać. Nakład 5 tysięcy sprzeda się słabo nie budząc zainteresowania ani czytelników, ani krytyków. Uparty prawnik napisze drugą powieść. Tym razem jednak nie wyśle manuskryptu wydawcom, ale do Hollywood. Paramount Pictures kupi prawa do ekranizacji powieści „Firma” za 600 000 dolarów, książka stanie się hitem, jeszcze przed jej wydaniem a John Grisham przestanie pracować ponad 70 godzin tygodniowo.

Pewnego dnia, na początku lat dziewięćdziesiątych pewna dobiegająca trzydziestki nauczycielka, napisze już dwie powieści, lecz obie zostaną odrzucone. W trakcie 4 godzinnej podróży wpadnie na pomysł pewnej książki. Dla dzieci, o chłopcu. Wkrótce jej życie zacznie się zmieniać. Umrze jej matka. Rozwiedzie się z mężem i załamana wróci z Portugalii do Szkocji. Samotna matka bez pracy utrzymywać się będzie z zasiłku. Na szczęście Stypendium Akademii Sztuki pozwoli dokończyć jej książkę. Dwanaście wydawnictw natychmiast odrzuci manuskrypt uzasadniając, że w dobie komputerów żadne dziecko nie zainteresuje się magią. W kolejnym pierwszy rozdział do przeczytania dostanie ośmioletnia córka wydawcy. Gdy przybiegnie do ojca, domagając się dalszego ciągu, stanie się jasne, że można zaryzykować. Wydawca w dobrej wierze poradzi pisarce, żeby znalazła pracę, bo z pisania książek dla dzieci nie wyżyje. Zasugeruje (w obawie przed odstraszeniem czytelników damskim imieniem) by podpisać książkę inicjałami, dodając drugie imię. Ukaże się tysiąc egzemplarzy, z czego połowa trafi do bibliotek. Po prawie piętnastu latach, jeden z nich będzie wart ponad 15 tysięcy funtów, powstaje sześć części przygód małego czarodzieja i kolejne filmy. Joanne Rowling, dzięki „Harremu Potterze” zarobi ponad 530 milionów funtów szterlingów. Będzie bogatsza od angielskiej królowej czy byłego beatlesa Paula McCartneya.

Dużo wcześniej, dziewiętnastowieczna pisarka, przed ukończeniem wieku czterdziestu lat skończy swoją powieść „Pierwsze wrażenia”. Wydawcy ją odrzucą. Pisarka to Jane Austen a odrzucona przez wydawców powieść pod zmienionym tytułem „Duma i uprzedzenie” ukaże się własnym nakładem autorki, oczywiście pod pseudonimem, jak reszta jej utworów. To jednak nie koniec niezwyklej historii tej książki. W 2006 roku brytyjski autor David Lassman podejmie się oryginalnej krytyki branży wydawniczej. Posługując się pseudonimem prześle manuskrypt „Dumy i uprzedzenia” do 18 wydawnictw i agentów wprowadzając jedynie nieznaczne modyfikacje. Propozycja wydania zostanie zignorowana. Tylko jeden z wydawców odpowie pisarzowi zauważając „podobieństwo” do powieści Jane Austen i poradzi „nie naśladować jej”. Nie dość, że Austen odrzucano za życia, to również po śmierci.

Margaret Mitchell, nim otrzyma nagrodę Pulitzera a film nakręcony na podstawie jej powieści stanie się najpopularniejszym filmem w historii kina, na maszynie kupionej przez męża będzie pisać „Przeminęło z wiatrem” aż przez 10 lat. Potem otrzyma 32 odmowy wydania. Ale znajdzie wydawcę a prawa do adaptacji filmowej sprzeda za rekordowe (wtedy) 50 tysięcy dolarów a film do dziś pozostaje najbardziej dochodowym filmem w USA. Gdyby przeliczyć wartość na czasy dzisiejsze, zarobił 1,5 miliarda dolarów.

Niewielu pewnie wie ale „Ojciec chrzestnyMaria Puzo powstał na zlecenie. Pisarz przyznał, że w wielu 45 lat, przed napisaniem najsłynniejszej historii mafijnej na świecie był już „zmęczony byciem artystą”. Miał na koncie dwie powieści, na których łącznie zarobił 6,5 tysięcy dolarów a na New York Times jego powieść nazwał „małą klasyką”. Niestety pisarz miał w owym czasie też ponad 20 tysięcy dolarów długów i ochotę napisać „wielką klasykę”. Wydawca uważał, że w ostatniej powieści za mało napisał o mafii. Puzo zgodził się napisać więcej ale zażądał zaliczki. W zamian poproszono o 100 stron maszynopisu. Miał jednak tylko 10 stronicowy plan, więc drzwi się zatrząsnęły. Okazało się jednak, że ktoś inny zaoferował 5 tysięcy. Pisarz zaliczkę wziął, zaczął pisać i dokończył gównie dlatego, że druga rata miała być wypłacona po napisaniu całości. Skończywszy wyjechał do Europy i zwiększył swój dług o 8 tysięcy. W kasynie. Teraz mógł uratować pisarza wyłącznie sukces. Wkrótce ździwiony Puzo usłyszał, że agent nie zgadza się na sprzedaż praw do wydania. Spłukany pisarz był pewny, że się przesłyszał. Ówczesny rekord zaliczki wynosił 400 tysięcy dolarów a wydawnictwo proponowało 375 tysięcy. Żeby się uspokoić poszedł na kawę. Chwilę później agent zatelefonował podając kwotę ostateczną: 410 000 dolarów. Po wydaniu snuto domysły, że pisarz dosłał milion od mafii za wyczarowanie romantycznej legendy cosa nostry. Tymczasem pisarz poznał gangsterów dopiero, kiedy książka stała się sławna i wszyscy ją pokochali. Przestępcze podziemie także.

Świat się zmienia. Branża wydawnicza, pisarze i książki. Najlepszy przykład to kanadyjski działacz społeczny Cory Doctorow, zwolennik Creative Commons. Udostępnił swoją czwartą powieść „Mały Brat” w Internecie za darmo. Oczywiście jako e-booka. Potem została wydana na papierze i przez kilka tygodni znajdowała się na liście bestsellerów New York Times’a. W 2009 roku otrzymała Nagrodę Campbella (dla najlepszej powieści science fiction) i Nagrodę Prometeusza (za powieści wyrażające idee libertarianizmu). Doctorow jest obecnie jednym z najbardziej znanych pisarzy nurtu Indies a self-publishing staje się popularniejszy. Dla niektórych pisarzy starego pokolenia to „nisza, w której gnieżdżą się grafomani”. Dla mnie to era w pisarstwie, której nic już nie powstrzyma. Przykład? Proszę bardzo.

Amanda Hocking, pisała powieści na pograniczu romansu i fantastyki. Stworzyła ich kilkanaście ale dla żadnej nie znalazła wydawcy. Amazon (sprzedający między innymi czytnik e-boków Kindle) umożliwił jednak publikację i sprzedaż utworów pisarzy-amatorów, z czego odrzucana pisarka skorzystała. Zadebiutowała na początku 2010 roku a do jego końca sprzedała aż 164 tysiące swoich e-booków. Tylko w styczniu 2011 sprzedaż 26 letniej pisarki przekroczyła 500 tysięcy książek, z czego 99% to e-booki. Co ważniejsze, to nie jest odosobniony przypadek. W kwietniu 2011 roku aż 28 tytułów z pierwszych 100 najlepiej sprzedających się książek w Amazon zostało opublikowane w ten sposób. A teraz wisienka: średnia cena e-booka z top 100 Amazon to 4 USD. Z czego autor dostaje nawet 70%. Witamy w świecie, gdzie śmierć niektórych wydawców uczyni świat lepszym dla pisarzy i czytelników.

Ci, którzy dużo czytają pewnie pamiętają „My, dzieci z dworca ZOO”. Szokujący światowy bestseller napisało dwóch dziennikarzy magazynu Stern na podstawie nagrania rozmowy z szesnastoletnią narkomanką z Berlina Zachodniego. Wywiad miał trwać 2 godziny. Potrwał 2 miesiące. Trzy lata po wydaniu na podstawie książki, postał niemal dokumentalny i nie mniej szokujący film. Dziewczyna stała się sławna, jej styl ubierania kopiowały miliony nastolatek a stacja kolejowa Berlin ZOO została atrakcją turystyczną. Honoraria zapewniły Christiane F. utrzymanie, nagrała 4 płyty, wystąpiła w filmie, urodziła syna. Wyemigrowała do USA, potem do Grecji i Holandii. Ciągle zmaga się z uzależnieniem. Niemiecki sąd pozbawił ją prawa do opieki nad dzieckiem.

A czy w Polsce książki mogą mieć niezwykłą historię? Mogą. Pewna 17 latka z Warszawy, dziewczę z tzw. dobrego domu, z kasą, jak się okazało inteligentne i obdarzone erudycją zaczęła prowadzić blog. Zamiast pokemonów i rymowanych wierszków umieszczała tam kontrowersyjne relacje z mnie mniej kontrowersyjnego podwójnego życia luksusowej call-girl. Narcystyczny blog pobił rekordy popularności. Autorkę w oparach silnych emocji krytykowano, obrażano albo chwalono za wyrażanie poglądów np. na temat polskiej mentalności, moralności, religijności. Na podstawie blogu, komentarzy i odpowiedzi do nich powstała książka „Cichodajka.plWeroniki R. (nomen omen Christiane F.), która jak by jej nie oceniać negatywnie, zawsze będzie wyjątkowa, jak prowadzone przez autorkę życie.

Inny dobry przykład, że także w Polsce autorzy i książki mają niezwykłe historie to pewna 50-latka, która wysłała swój manuskrypt do ośmiu wydawnictw, zaznaczając, że jest przed debiutem i nie zamierza kopiować Bridget Jones. Dostała dwa eleganckie listy odmowne, w których uznano, że „na debiut jest jeszcze za wcześnie”. Chwilę potem zadzwonił telefon i Małgorzata Kalicińska została odkryta. Finał: 300 tysięcy sprzedanych egzemplarzy „Domu nad rozlewiskiem” plus serial na podstawie fabuły.

Bywa też zupełnie zwykle. Paweł Szwed ze Świata Książki przyznał: „W stosie poczty nadszedł kiedyś tekst, który zwrócił moją uwagę. Zajrzałem w pięć losowo wybranych miejsc i uznałem, że warto przyjrzeć się bliżej. Zabrałem maszynopis do domu i nie mogłem się oderwać. To był „BidulMariusza Maślanki, książka napisana w formie listów dziesięciolatka cierpiącego upokorzenia w domu opieki społecznej. Wzruszyła Polaków. Sprzedało się ponad 40 tysięcy, co jest sporym osiągnięciem na naszym rynku.

Niezwykła historia powstania (albo wydania) to jednak nie zawsze sukces autora. Najlepszy przykład to Krystian Bala. Jego książka opisuje morderstwo dokonane przez bohatera. Jej język jest z jednej strony niemal po chamsku wulgarny, z drugiej liryczny. Narracja jest nielinearna, książka pełna kontrowersyjnych tez, wymyślnych porównań zaś autor żongluje nastojem czytelnika. Już samo to, czyni „Amok” książką niezwykłą, trudno zatem odmówić jej tego miana, kiedy dowiemy się, że miała stać się dowodem w procesie o zabójstwo. Tak się ostatecznie nie stało lecz miała bezpośredni wpływ na śledztwo i skierowanie podejrzeń na autora. Skazano go na 25 lat więzienia.

Jeszcze gorzej pisarstwo skończyło się dla pewnego historyka. Był doktorem, wykładowcą uniwersyteckim. Własnym sumptem wydaje 320 egzemplarzy zbioru esejów zawierających m.in. omówienie poglądów rewizjonistów Holokaustu pt. „Tematy niebezpieczne”. Omówienie czyichś poglądów, nawet bez ich skomentowania dla Gazety Wyborczej staje się okazją by zniszczyć człowieka. Autora opluwa się publicznie i nazwa „kłamcą oświęcimskim”. W wyniku nagonki medialnej historyk zostaje wydalony z uniwersytetu z zakazem pracy w zawodzie nauczycielskim na 3 lata. Proces o złamanie ustawy o IPN sąd umarza. Po procesie dr Dariusz Ratajczak pracuje jako stróż. Po ponad 10 latach od wydania feralnej książki historyk umiera w wyniku zatrucia alkoholem. Zostawia dwoje dzieci.

To tylko niewielki ułamek niezwykłych historii książek i jej autorów. Nie sposób napisać o wszystkim. Każda książka i autor mają swoją własną. Pisząc zaprzedajmy swą duszę, parafrazując Zafóna, by ujrzeć własne nazwisko na nędznym skrawku papieru, który nas zapewne przeżyje. Wydając, opowiadamy o sobie coś, o czym nigdy byśmy się nie przekonali. Jesteśmy bowiem skazani na wieczne wspomnienie tej chwili, kiedy za naszą duszę wyznacza się cenę. I dobrze, że coraz częściej o niej decyduje Czytelnik, a nie krytycy, dziennikarze i wydawcy.

0 komentarze:

Prześlij komentarz